„W Nim także i wy usłyszawszy słowo prawdy, Dobrą Nowinę waszego zbawienia, w Nim również uwierzyliście i zostaliście naznaczeni pieczęcią Ducha Świętego, który był obiecany. On jest zadatkiem naszego dziedzictwa w oczekiwaniu na odkupienie, które nas uczyni własnością [Boga], ku chwale Jego majestatu” (Ef 1, 13-14).
„A Pocieszyciel (PARAKLET), Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem” (J 14, 26).
Termin „Pocieszyciel” pochodzi od greckiego „paraklet”. Oznacza osobę świadczącą pomoc w potrzebie, np. adwokata, obrońcę. Pocieszyciel to, ktoś, kto nas wspiera dobrym słowem, radzi nam. To również mieści się w zakresie znaczeń terminu „paraklet”. Dlatego Duch Święty jest naszym Pocieszycielem i Obrońcą, albo Parakletem.
W hymnie „Veni Creator”, czyli „O Stworzycielu Duchu, Przyjdź!”, prosimy Boga, aby dał nam odczuć swoją obecność. Człowiek stworzony jest na obraz i podobieństwo Boga, czyli może z Nim wchodzić w relację na równych prawach, to znaczy od nas w równym stopniu zależy jak będzie się kształtowała ta relacja. Inne stworzenia zobowiązane są do posłuszeństwa Bogu. To jest pierwszy znak godności ludzkiej, jego szczególnego wybrania, miejsca w świecie, powód do szacunku dla każdego człowieka. „Serca, co dziełem są rąk Ducha Świętego”, nie tylko oznaczają udział Boga w poczęciu każdego człowieka, ale też to, że każdy z nas jest inny i Bóg tą inność szanuje, a nawet zaplanował.
Ostatni raz u spowiedzi byłem/-am …. Zadaną pokutę odprawiłem/-am (lub nie odprawiłem/-am) Żadnego grzechu nie zataiłem/-am.
Następującymi grzechami obraziłem/-am Pana Boga.
(i wymienia się grzechy).
(po wymienieniu wszystkich grzechów)
Więcej grzechów nie pamiętam. Za wszystkie grzechy bardzo żałuję, postanawiam poprawę, a Ciebie ojcze duchowny proszę o pokutę i rozgrzeszenie.
(słucha nauki kapłana)
(wyraża swój żal za grzechy bijąc się w piersi i mówiąc: „Panie Jezu, zmiłuj się nade mną”.)
Ksiądz (udziela rozgrzeszenia):
Bóg Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i Zmartwychwstanie swojego Syna i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech Ci udzieli przebaczenia i pokoju, przez posługę Kościoła i ja odpuszczam Tobie grzechy w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego.
Dziecko (na koniec rozgrzeszenia robi znak krzyża i mówi):
Amen.
KSIADZ: Wysławiajmy Boga, bo jest dobry.
DZIECKO: Bo jego miłosierdzie trwa na wieki.
KSIADZ: Pan odpuścił Tobie grzechy, idź w pokoju.
DZIECKO: Bóg zapłać.
(odchodzi od konfesjonału, całuje stułę, odprawia zadaną pokutę i modli się przed Najświętszym Sakramentem)
Jestem uczniem/uczennicą klasy III. Mam lat …. Do spowiedzi świętej przystępuję po raz pierwszy.
Następującymi grzechami obraziłem/-am Pana Boga.
(tu wymienia grzechy)
(po wymienieniu wszystkich grzechów)
Więcej grzechów nie pamiętam. Za wszystkie grzechy bardzo żałuję, postanawiam poprawę, a Ciebie ojcze duchowny proszę o pokutę i rozgrzeszenie.
(słucha nauki kapłana)
(wyraża swój żal za grzechy bijąc się w piersi i mówiąc: „Panie Jezu, zmiłuj się nade mną”.)
Ksiądz (udziela rozgrzeszenia):
Bóg Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i Zmartwychwstanie swojego Syna i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech Ci udzieli przebaczenia i pokoju, przez posługę Kościoła i ja odpuszczam Tobie grzechy w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego.
Dziecko (na koniec rozgrzeszenia robi znak krzyża i mówi):
Amen.
KSIADZ: Wysławiajmy Boga, bo jest dobry.
DZIECKO: Bo jego miłosierdzie trwa na wieki.
KSIADZ: Pan odpuścił Tobie grzechy, idź w pokoju.
DZIECKO: Bóg zapłać.
(odchodzi od konfesjonału, całuje stułę, odprawia zadaną pokutę i modli się przed Najświętszym Sakramentem)
Młodzieżowa Seria Alpha ma na celu zaangażowanie uczniów w rozmowy na temat życia, wiary i Jezusa. Czas dyskusji jest przerywany podczas krótkich rozmów, aby ułatwić im dzielenie się przemyśleniami i pytaniami.
[00:00:00] Za papieżem Franciszkiem, ostatnio przypomnieliśmy sobie, że bardzo ważną formą działania jest modlitwa. Modlitwa, która jest takim zatrzymaniem się w tym świecie, w którym ciągle gdzieś jeszcze walczymy. Walczymy z tym faraonem, z grzechem, który nam zabiera wolność i radość. I najlepszym właśnie sposobem na to, aby wygrać, aby odzyskać nadzieję, to jest ten, żeby się modlić.
I mówiliśmy sobie, że bardzo piękną modlitwą jest ta, w której wzywamy imienia Jezus. Prosimy Go o zmiłowanie. „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”. Ta modlitwa… bardzo łatwo nas wprowadza w takie myślenie, że to Jezus ma być pierwszy i najważniejszy, On ma panować, On ma prowadzić, że ja przyjmuję to, co [00:01:00] On ma dla mnie.
I wtedy owocem tej modlitwy jest też Duch Święty, który przychodzi, który daje światło w sercu, który sprawia, że zaczynamy żyć taką pełnią chrześcijańskiego życia. I to jest bardzo ważne, bo mamy jeszcze jedno zadanie, o którym wspomina papież Franciszek w orędziu na tegoroczny Wielki Post, a mianowicie potrzebujemy jako Kościół, jako wspólnota, podjąć się takich czy innych działań. Potrzebujemy zobaczyć taką czy inną biedę w tym świecie i odpowiadać na nią, tak jak nas do tego zainspiruje Duch Święty, jak nam pokaże Pan Jezus.
I mówi Ojciec Święty, że są takie wspólnoty, są takie miejsca, które naprawdę są rozpalone tym ogniem miłości, przez modlitwę, przez takie życie też wspólnotowe. Naprawdę dają owoce. Są takim znakiem [00:02:00] zapytania dla świata. To jest bardzo ważne.
Bo słuchajcie, jest powiedziane, że bez Kościoła nie ma możliwości osiągnięcia zbawienia. Jest to starożytna nauka, która jest obecna w chrześcijaństwie. Ale przecież wiemy, że bardzo wielu spośród naszych rodaków, jeszcze bardziej ludzi na świecie, nie zna Pana Jezusa, nie są w Kościele w taki sposób jak my.
Co z nimi? Czy ten krzyż Pana Jezusa jest zmarnowany przez to, że oni nie są w Kościele, nie znają Chrystusa? Nie może tak być.
Oczywiście jest pewna trudność, która się pojawia wtedy, kiedy chcemy się spotkać z Panem Jezusem i wejść do Jego Kościoła, a mianowicie, że potrzebujemy wiary. [00:03:00] To wiara jest tą rzeczywistością, która sprawia, że widzimy Jezusa.
Bo Jezus jest obecny w świecie. Jest obecny na przykład w Tabernakulum, w każdym kościele. Ale żeby zobaczyć Go tam, Potrzebna jest wiara. Jezus jest obecny w innych sakramentach oczywiście, ale znowu, chociaż odrobinę wiary potrzeba, żeby Go zobaczyć, czy to w sakramencie małżeństwa, a już we Chrzcie Świętym wiadomo, i w innych.
Jezus jest obecny w swoim Słowie, ale znowu jest potrzebna wiara, żeby nie czytać tej księgi jako… jakiegoś, powiedzmy, tylko opowiadania ze starożytności, ale jako Słowo Boga, przez które On naprawdę do nas mówi, bo chce wpływać na nasze życie. Jezus jest obecny oczywiście też w kapłanach, jakoś szczególnie ten [00:04:00] sakrament jest związany z obecnością Jezusa pośród nas, jako tego, który służy, ale wiemy, że to też wymaga wiary, żeby tam zobaczyć Chrystusa.
Oczywiście Jezus jest też obecny w chorych i cierpiących. Ale to dopiero potrzeba mieć wielką wiarę, żeby zobaczyć, że tam naprawdę jest Bóg. Wielu właśnie taki daje zarzut: „Gdzie jest Pan Bóg, gdy ci ludzie cierpią?”, nie wiedząc, że On właśnie tam z nimi jest, tam najbliżej. Podtrzymuje i prowdzi, nie opuszcza. Do tego potrzebna jest wiara.
I może dlatego nie ma się co dziwić, że tak wiele osób jeszcze gdzieś zagubiło drogę do Kościoła, do spotkania się z Jezusem. Brakuje im tej wiary. Nie wiedzą też, jak mieliby nią zyskać. Co z nimi?
Jezus [00:05:00] daje nam sam pewną podpowiedź. Jest możliwy sposób spotkania Go, doświadczenia Jego obecności, który nie wymaga wiary. I w czasie Ostatniej Wieczerzy, patrząc na swoich uczniów, a jednocześnie patrząc na nas, na Kościół wszystkich czasów, powie im: „Daję wam przykazanie nowe, byście się wzajemnie miłowali, jak ja was umiłowałem. Potem wszyscy poznają, żeście moimi uczniami, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali”.
I to jest klucz, to jest odpowiedź, to jest nasza nadzieja. Nadzieja też dla tych, którzy są gdzieś daleko. Może zależy nam na nich. Chcielibyśmy, żeby tu przyszli. Może w ogóle ich nie znamy, ale Jezus chciałby zaprosić ich do bliskości ze Sobą. Jest dla nich nadzieja. Nie potrzeba wiary, tylko potrzeba zobaczyć uczniów [00:06:00] Jezusa, którzy się miłują.
I po tym wszyscy poznają Mistrza, Tego, który jest źródłem tej miłości, Tego, który ich zainspirował, który ich przemienił. I to jest najważniejsze zadanie dla Kościoła. Kościół ma być właśnie taką wspólnotą: w której jest miłość, w której jest jedność.
I nawet, jeżeli nie uda nam się wszystkich przekonać, żeby przyjęli Chrzest Święty, czy żeby przyszli do Kościoła, to jeżeli będą widzieli tę miłość, która jest pośród nas, to będą doświadczali Pana Jezusa. To Pan Jezus będzie mógł roztaczać nad nimi swoją opiekę. Będzie mógł nad nimi mieć jakby ten swój płaszcz rozciągnąć tak, żeby się pod nim wszyscy mogli schować.
Sobór Watykański II, który chciał się wypowiedzieć na temat [00:07:00] Kościoła, też korzystając, patrząc na to, w jaki sposób my, współcześni ludzie, mówimy, w jaki sposób żyjemy. Ale też oczywiście korzystając z wielkiego obdarowania, któreśmy odkrywali przez wieki od Pana Boga… tradycji, która była przekazywana, naszego dziedzictwa… powiedział o Kościele w dokumencie jednej z czterech konstytucji soborowych, że Kościół jest w Chrystusie jakby sakramentem, czyli znakiem i narzędziem wewnętrznej jedności człowieka z Bogiem i zjednoczenia całego rodzaju ludzkiego. Krótka właściwie definicja, ale bardzo głęboka w treść. Bo ono właśnie o tym mówi, że Kościół jest jakby sakramentem.
[00:08:00] Sakramenty to są te miejsca, w których my możemy na 100% spotkać się z Panem Jezusem i doświadczyć Jego łaski. Kościół jest jakby sakramentem. Nie możemy tak wprost tego powiedzieć, ale o to chodzi Panu Jezusowi. Żeby przez Kościół ludzie spotykali się z Nim, doświadczali Jego mocy, Jego bliskości.
A co to znaczy… że On ma być znakiem i narzędziem? Znakiem, bo najpierw ludzie muszą to zobaczyć, że to są uczniowie Pana Jezusa, że jakoś żyją inaczej, że właśnie przez modlitwę są i spokojniejsi, i mają w sercu cierpliwość, i pokój, i radość, i dostrzegają potrzeby bliźnich. Ale potem staje się narzędziem. Bo im więcej takiej obecności chrześcijan, takiej obecności Kościoła w świecie, tym bardziej on staje się taką [00:09:00] zachętą, takim wołaniem, takim zaproszeniem, które wzbudza wiarę. Także inni zaczynają też prosić o chrzest, o spotkanie z Chrystusem.
Tak było na początku przecież wśród chrześcijan. Ludzie, czy to Żydzi, czy Rzymianie, czy Grecy, gdy widzieli te małe wspólnoty chrześcijan, jak oni się troszczą o siebie, jak dbają o ubogich, o wdowy, jak potrafią przestrzegać różnych swoich świąt, nie patrząc na to, że może stracą przez to, jak są uczciwi w swojej pracy, zadawali sobie pytanie: „Skąd oni to mają”?
I przychodzili. I doświadczali Bożej pomocy. Cuda zdarzały się oczywiście. One też zawsze były takim mocnym znakiem dla świata, że Bóg jest obecny w Kościele i też nieraz przekonywały ludzi. Ale często takim [00:10:00] cudem, byśmy powiedzieli, moralnym, takim cudem wynikającym z życia ludzi, była właśnie miłość, która przekonywała do wiary. Wzbudzała wiarę w sercu tych, którzy byli daleko, tak, żeby oni spotkali się z Chrystusem. Kościół znak, a potem narzędzie.
Ale o co tak naprawdę chodzi w tym Kościele? Najpierw o tę wewnętrzną jedność… człowieka… to znaczy chodzi o jedność, jaką może człowiek zyskać w łączności z Bogiem. Każdy z nas w Kościele wie o tym, że mamy Ojca w niebie, że mamy Jezusa Chrystusa, który jest pośrednikiem, że mamy Ducha Świętego, który jest Pocieszycielem. I możemy wchodzić z nimi w relacje.
Doświadczyliśmy tego, jak nas ratują, jak Bóg przychodzi z pomocą… że słucha, że mówi do nas. I [00:11:00] dokonuje się… gdybyśmy patrzyli na krzyż Pana Jezusa, który jest symbolem obdarowania Pana Boga, to mamy tę belkę pionową, która łączy niebo z ziemią. I to się dzieje w Kościele. Przez sakramenty, przez modlitwę, na różne sposoby mamy tę łączność.
A jest też ta druga belka, pozioma, te wyciągnięte ramiona Pana Jezusa. Bo Kościół ma być też „znakiem i narzędziem (…) zjednoczenia całego rodzaju ludzkiego”. Relacje w Kościele, one nam powinny pokazywać całemu światu, że my jesteśmy braćmi i siostrami. Przez to, że jesteśmy ludźmi. Bo Pan Bóg nas stworzył w taki sposób.
Nie do waśni, kłótni, nie do wojny, nie do wszelkiego rodzaju jakiegoś ucisku, wyzysku jeden drugiego, ale do relacji braterskich. Chodzi o to, żeby między nawet narodami całymi było tak jak w rodzinie. [00:12:00] Czasem się mogą znaleźć jakieś waśnie, wiadomo, ale szukamy rozwiązań… ale te spory chcemy zgasić w imię miłości, jaka nas łączy. To jest zadanie Kościoła, ale to jest, jak już widzimy, zadanie, które się odbywa w Chrystusie.
To nie jest zadanie, które jest ponad nasze siły. Oczywiście sami nie moglibyśmy tego zrobić, ale w te nasze siły włączony jest Pan Jezus. Nie jest to zadanie dla nas… tylko dla nas umocnionych Chrystusem, Duchem Świętym. I dlatego to zadanie może się udać.
Właśnie tak rozumiany Kościół, trzeba żebyśmy go widzieli w takich mniejszych wspólnotach, może takich jak parafia, żeby one tak funkcjonowały. Może nawet mniejszych. Są niejednokrotnie w parafiach grupy, które starają się żyć według takiego schematu. Żeby tam było Słowo [00:13:00] Boże, żeby tam były sakramenty, żeby tam był też ten znak miłości i jedności.
Łatwiej to wychodzi w takich mniejszych grupach niż nawet w takich wielkich jak diecezje czy parafie. Kilkadziesiąt osób, kilkanaście osób, które zaczynają się znać coraz lepiej, które widzą, że są słabi i grzeszni, ale Pan Bóg ich kocha, którzy umieją sobie nawzajem dodawać odwagi w postępowaniu dobrze, łatwiej pokaże właśnie tę miłość i jedność, to, że Pan Bóg przychodzi z pomocą, niż wtedy, kiedy spotykamy się tylko, powiedzmy, raz w tygodniu albo od święta i nawet siebie za bardzo nie znamy.
To jest, myślę, mocne wołanie papieża Franciszka na ten Wielki Post do nas, żebyśmy próbowali tworzyć takie wspólnoty, bo one rzeczywiście więcej mogą zdziałać w tym [00:14:00] zadaniu, o które chodzi Panu Jezusowi. Takie wspólnoty zgromadzone wokół Pana Jezusa, które On prowadzi, w których my idziemy za Nim. Czasem się potykamy, ale podnosimy się i idziemy dalej. W takich wspólnotach niewielkich też łatwiej zobaczyć, jaki człowiek jest naprawdę. Z kimś się rzadko spotykam, mogę trochę poudawać, że jestem lepszy od innych. Albo po prostu lepszy niż jest naprawdę. Ale jeżeli mam relacje z kimś stałe, bliskie, częste, to w pewnym momencie wychodzi, że jestem nerwowy, że coś tam zawalam, że mi coś tam nie wychodzi, że odkładam wszystko na ostatnią chwilę, albo że jestem super we wszystkim precyzyjny i oczekuję tego od innych, I przez to im życie utrudniam. W takich bliskich [00:15:00] relacjach to zaczyna wychodzić.
I z jednej strony widzę, że mi bracia i siostry w wierze zaczynają mnie akceptować, takiego właśnie niedoskonałego. Ale z drugiej strony też z ich pomocą, widząc jak oni się zmieniają, przez modlitwę, przez spotkanie z Jezusem, to ja też mam odwagę coś z siebie więcej dawać, zmieniać siebie, pozwalać Jezusowi, żeby mnie przemieniał. To jest piękny dar i cenny. Warto coś takiego robić.
Na poziomie rodziny myślę, że da się wchodzić w takie relacje i w taką właśnie wspólnotę, żeby ona stawała się Kościołem… takim znakiem dla świata. I nieraz nawet tak jest, że dzisiaj stosuje się czasami taką praktykę, że kiedy wyjeżdżają misjonarze do jakiegoś kraju, [00:16:00] gdzie w ogóle Pan Jezus nie był znany, albo gdzieś na zachód Europy, gdzie kościoły są puste, to razem z takim misjonarzem często wyjeżdża na przykład trzy albo cztery rodziny razem z dziećmi.
Po co? No właśnie po to, żeby te dzieci poszły do szkoły i żeby tam kiedyś zaczęli się wzajem zapraszać na jakieś przyjęcia, urodziny i żeby ci ludzie mogli zobaczyć, że ta rodzina jakoś żyje inaczej, że nie ma tam aż tyle kłótni, że umią sobie przebaczać i żeby zaczęły się pojawiać te pytania: „Skąd wy to macie”?
I wtedy można ich zaprosić na spotkanie, na jakąś katechezę, do księdza, do kościoła, do salki i więcej im powiedzieć. I to się sprawdza. Ale te rodziny też muszą w taki sposób być budowane.
Pomyślmy o tym przez te nadchodzące święta. Posłuchajmy Pana Jezusa, czy czasem nie zaprasza nas do takiej bardziej [00:17:00] konkretnej, bardziej widzialnej obecności w naszym świecie, w naszym środowisku.
On potrzebuje takich znaków i na pewno wspiera takie wspólnoty, bo to jest taki gwarantowany sposób dla innych, żeby zobaczyli uczniów Jezusa i Jego samego, który nakazał im siebie nawzajem miłować. Amen.
[00:00:00] Pokusy Pana Jezusa, o których mówiliśmy ostatnio, one miały nam pokazać, że Jezus naprawdę nas zna, że nas rozumie, że możemy na Niego liczyć w różnych sytuacjach naszego życia, w naszej codzienności.
Pierwsza pokusa, zwyciężona przez Pana Jezusa dla nas, pokazała nam, że możemy się w naszym życiu oprzeć na Słowie Bożym. Nie musimy szukać innych zabezpieczeń. Bóg chce do nas mówić, chce nam podpowiadać, co mamy robić, abyśmy znaleźli szczęście.
Potem przekonaliśmy się, że nasza historia jest święta, że Bóg w niej uczestniczy, On ją kształtuje. I wreszcie zobaczyliśmy, że mamy różne bożki, które nam zabierają czas, zabierają nam wolność, a Bóg daje nam wolność prawdziwą. Nawet wtedy, kiedy Syn Boży umiera za nas na krzyżu, Bóg nie oczekuje od nas niczego. [00:01:00] Ale jeżeli pójdziemy za Nim, to sprawimy Mu na pewno wielką radość i sami się też przekonamy, że to wspólne wędrowanie za Jezusem, razem z Nim, to jest najlepsza droga, najlepsze, co nas może w życiu spotkać.
Być może niektórzy z nas szczerze, z głębi serca odmówili tę modlitwę powierzenia swojego życia Jezusowi, żeby On był dla nas najważniejszy, pierwszy, żeby był Królem i Panem mojego życia. To piękna modlitwa. I naprawdę często jest tak, że jeżeli szczerze oddamy swoje życie Jezusowi, to On od razu odpowiada na tę modlitwę, na ten akt naszej woli darami Ducha Świętego.
I może już niektórzy zobaczyli pierwsze dary Ducha. Często takim owocem oddania życia Jezusowi jest to, że nagle odkrywamy Go jako
..nie Kogoś daleko, ale naprawdę Kogoś blisko. Jezus żyje. Ale tak samo relacja nasza do Boga Ojca i do Ducha Świętego zaczyna wyglądać inaczej. To są rzeczywiście osoby, z którymi możemy i chcemy wchodzić w dialog. I coraz bardziej widzimy, że jest to dialog, rozmowa miłości.
Innym owocem takiego spotkania z Duchem Świętym i takiej zgody na to, żeby Jezus działał w nas tak, jak On chce, jest to, że pragniemy uwielbiać Boga. Może nawet śpiewać. Może dla siebie albo innym ludziom opowiadać o tym, jak Bóg jest dobry. Czasem pojawiają się łzy. Nie wiadomo kiedy, w ciągu dnia nagle przychodzi do nas prawda, że jesteśmy słabi i grzeszni, ale mimo to Bóg nas kocha.
To zanurzenie się w Duchu Świętym, może [00:03:00] nawet chrzest w Duchu, tak byśmy mogli powiedzieć. On też pomaga nam uczestniczyć w sakramentach, zwłaszcza w Eucharystii z nowym zapałem. Zaczynamy widzieć więcej i wyraźniej, to, że Jezus jest tu obecny realnie, że do nas przychodzi i działa,
Na modlitwie, do której łatwiej się zabrać, też częściej otwieramy Pismo Święte, bo odkrywamy, że tam jest Słowo Boże, że przez te wersety Pisma Świętego Bóg mówi konkretnie do mnie, do mojego życia, właśnie żeby mnie prowadzić, żeby mi podpowiedzieć, żeby mi pomóc.
Ale to nie koniec, bo ci, którzy są ochrzczeni w Duchu Świętym, nieraz doświadczają w swoim życiu uwolnienia albo uzdrowienia. Bo każdy z nas potrzebuje nawrócenia. A z pomocą Ducha Świętego wchodzimy na tę drogę. Nagle znajdują [00:04:00] się siły, żeby coś w swoim życiu zmienić i żeby ta zmiana była trwała.
Są też szczególne dary Ducha Świętego – charyzmaty. One zawsze mają też służyć w budowaniu wspólnoty Kościoła. Wiele z nich wymienia św. Paweł w liście do Koryntian (1 Kor 12, 1nn). Ale Duch Święty, który nas przenika, On też pokazuje nam, naszych braci i siostry, w różnej ich biedzie i w różnych ich potrzebach. To spotkanie z Duchem Świętym otwiera nas na różne społeczne działania, inicjatywy. Chcemy być dla bliźniego pomocą i odpowiedzią Boga na jego biedę.
Oczywiście Duch Święty także pokazuje nam innych chrześcijan i zapala nas do patrzenia na Kościół w duchu ekumenizmu. To jest też bardzo piękny owoc Ducha Świętego.
Pewnie można byłoby jeszcze wymienić kilka innych, ale te chyba są najistotniejsze, najczęściej spotykane. Może już je widzimy, a może dopiero za jakiś czas je objawią, jeżeli ta nasza modlitwa… oddanie życia Jezusowi było szczere.
A może trzeba poprosić jeszcze o pomoc Kościół? Poprosić tych chrześcijan, którzy doświadczyli tej obecności Boga, aby modlili się dla nas o darę Ducha Świętego. Tak też czasem bywa. Taką drogę też nieraz Pan Bóg wybiera. Natomiast jest to rzeczywiście piękne, jeżeli pozwalamy Bogu, żeby nas prowadził… Jezusowi, żeby był dla nas drogą.
I pewną bardzo ważną częścią naszego życia, czymś, co było też ważne dla Jezusa i wiele razy nam pokazywał, jak to jest istotne, to jest modlitwa.
Jest [00:06:00] kilka, myślę, rodzajów modlitwy, które wypływają z tego doświadczenia powierzania swojego życia Jezusowi… modlitwy, w której Duch Święty nas prowadzi i nas inspiruje.
Pierwszą oczywiście należałoby tutaj wymienić Eucharystię, która jest takim hymnem uwielbienia, jest tą rozmową, jaką Syn Boży prowadzi ze swoim Ojcem.
Jest też oczywiście molitwa uwielbienia, nieraz taka spontaniczna, która się rodzi w sercu, może molitwa w językach.
Trzeba by tu też powiedzieć o modlitwie Pismem Świętym: Lectio Divina czy skrutacja. Tam też pozwalamy Bogu, żeby On nas prowadził. I do nas mówił.
Jest też różaniec, pod pewnymi warunkami też może stać się taką modlitwą bardzo intensywną, w której usłyszymy Boga i [00:07:00] wiemy, co mamy robić.
Ale dzisiaj chciałem szczególnie powiedzieć o modlitwie, która ma to imię Jezusa w swoim centrum.
To jest modlitwa Jezusowa, czasem zwana też modlitwą z sercem.
Chodzi w niej przede wszystkim o to, że często powtarzamy takie piękne wezwanie: „Pani Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną”.
Ta modlitwa ma swoje źródło już na samym początku właściwie Kościoła, kiedy chrześcijanie czytali Ewangelię, różne zachęty Pana Jezusa do modlitwy. Ale szczególnie ważne tutaj było zdanie, które powiedział św. Paweł w Pierwszym Liście do Tesaloniczan, w V rozdziale. On daje taką radę chrześcijanom, mówi: „Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie, a Bóg w pokoju niech będzie z wami”. I zastanawiali się [00:08:00] chrześcijanie, jak zrealizować tę zachętę, żeby modlić się nieustannie. Żeby każdą chwilę życia, rzeczywiście przeżywać w łączności z Jezusem.
I różne były pomysły. Niektórzy mówili, że modlimy się wtedy, kiedy możemy. Te wolne chwile naszego życia wtedy poświęcamy na modlitwę.
Inni mówili, to Kościół się modli nieustannie. W różnych miejscach na świecie, w różnym czasie zawsze jest odprawiana Eucharystia, czy Adoracja Najświętszego Sakramentu… Zawsze ktoś się modli, i w ten sposób spełniamy to polecenie.
Ale byli też tacy, którzy chcieli to słowo przyjąć dosłownie. I naprawdę, czy w nocy, czy w dzień, czy w pracy, czy w różnych rozrywkach, obowiązkach, zawsze chcieli się modlić. I wiadomo było, że nie da się tego zrobić wtedy, jeżeli będziemy używali jakiejś dłuższej modlitwy, choćby tak pięknej, jak „Ojcze Nasz”.
Trzeba było [00:09:00] wybrać coś krótszego. Właśnie jeden werset z Biblii, który będzie się powtarzało, aż stanie się treścią naszego życia. Różne były pomysły, ale ostatecznie wsłuchano się w tę scenę Ewangelii, w której trędowaty człowiek widzi Jezusa i krzyczy z daleka, bo nie mógł podejść, prawo mu zakazywało:
„Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”. Jezus usłyszał to, zatrzymał się, pytał Go o wiarę i uzdrowił. I odkryto, że to wołanie rzeczywiście jest głębokie w treści i ono może stać się taką nieustanną modlitwą. Więc niektórzy mówili: „Panie Jezu Chryste, Synu Dawida, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”. Inni: „Panie Jezu Chryste, Synu Bożym, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”. Albo ta krótsza wersja: [00:10:00] „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną”.
Co kryje się w tych słowach? Najpierw widzimy Jezusa. Jezusa… imię Jezus… imię, które oznacza „Bóg zbawia”. On jest naszym zbawicielem, On jest naszym pośrednikiem. Do Niego chcemy się zwrócić. On jest też Panem. A myśmy rzeczywiście chcieli Go wybrać na Pana naszego życia.
On jest „Chrystusem”, czyli „namaszczonym”, ale też tym, który spełnia obietnicę.
„Syn Dawida”, który wchodzi w konkretną rzeczywistość, interweniuje w historii.
I o co Go prosimy? O zmiłowanie dla nas grzeszników, bo to prawda, że jesteśmy grzesznikami. Potrzebujemy Jego przebaczenia. Ale „zmiłować się” to znaczy też obdarzyć miłością, zanurzyć w miłości, napełnić miłością Duchem Świętym, który jest miłością między Ojcem i Synem.
[00:11:00] O to też w tej modlitwie możemy prosić. I nieraz jest tak, że kiedy ją odmawiamy, to bardziej zwracamy uwagę na to imię Jezus. Potrzebujemy Jego obecności obok siebie. I ona nas do tego prowadzi. Nieraz przychodzimy ze swoim grzechem i może szczególnie na to zwracamy uwagę w tej modlitwie. Prosimy przebaczenia i zmiłowania. A innym razem po prostu skupiamy się na tym słowie „zmiłuj się”, oczekując od Niego więcej miłości, więcej Jego daru, więcej dobroci.
Więc jest to głębokie zdanie. Rzeczywiście niosące w sobie piękną treść. I co dalej z nim zrobić? I mówili ci chrześcijanie, często to byli mnisi, często to byli pustelnicy, że warto na początek tę molitwę odmawiać po prostu na głos. Może sto razy dziennie? To nie takie trudne. [00:12:00] Może tysiąc razy dziennie? Po jakimś czasie to też nie jest aż tak skomplikowane, nie zajmuje aż tyle czasu. Potem często, gdy wchodzono w taką modlitwę… dziesięć tysięcy razy dziennie, no to już potrzeba parę godzin.
Ale oczywiście z czasem można też nie tylko używać języka, ale właśnie skupić się tylko na myślach. I wypowiadać te słowa w myślach. Jeżeli mamy pięć, dziesięć minut, pół godziny, to można po prostu z tą modlitwą uczynić taką modlitwą medytacyjną w ciszy. Że ja w myślach powtarzam te słowa. Biorę oddech i mówię: „Panie Jezu Chryste…”, wypuszczam powietrze, mówię: „…zmiłuj się nade mną”.
Znowu zaczerpuję powietrza, mówię: „Panie Jezu Chryste, Synu Dawida…”, potrzebuję, żeby On mnie wypełnił. I wtedy [00:13:00] On mi sam podpowiada, razem z wydechem powietrza, że mogę mówić do Niego: „…zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”, że On spełni tę prośbę.
I może być też tak z czasem, że rzeczywiście dłużej praktykujemy taką modlitwę. Że już nie tylko będziemy wypowiadali ją w myślach, ale z czasem możemy zacząć tę modlitwę wprowadzać także do naszego serca. Czy modlimy się na klęcząco, czy na siedząco, to nie ma większego znaczenia. Jeżeli modlimy się w ciągu dnia, gdzieś w drodze, między obowiązkami, czy wtedy, kiedy nas ktoś zdenerwuje, to oczywiście możemy się też modlić na stojąco. To nie ma z tym żadnego problemu. Ale jak mamy trochę dłużej… więcej czasu, to warto rzeczywiście uklęknąć, czy usiąść, spuścić głowę tak, żeby wzrok kierował się w stronę serca i myśleć o tym właśnie, że ta molitwa ma stać [00:14:00] się częścią bicia mojego serca, że każde uderzenie serca ma wypowiadać te słowa.
I nieraz się tak dzieje, wcale nie tak rzadko, że Pan Bóg daje taki znak potwierdzenia tego, że ta molitwa jest wysłuchana, że ona jest obecna, że On ją inspiruje, bo o to nam przecież chodzi. Że towarzyszy nam w tej modlitwie pewne światło. Światło, które nas ogarnia i światło, które zaczyna wchodzić do naszego serca. Może temu towarzyszyć pewien ból, ale jest to taki słodki ból. Który z czasem mija, ale to światło zostaje. Już wtedy, nieważne czy śpimy, czy pracujemy, cokolwiek robimy, samo serce zaczyna wypowiadać nieustannie tę modlitwę. To jest piękne doświadczenie.
Może rzeczywiście wydawać się nam, że ono jest łatwiejsze do [00:15:00] osiągnięcia dla tych, którzy są pustelnikami, czy mnichami, czy zakonnikami, Ale wcale tak nie musi być. To jest modlitwa dostępna dla każdego.
Był taki wielki promotor tej modlitwy. Pisał o niej, zachęcał swoich uczniów. Nazywał się Symeon, Nowy Teolog. Żył w XI wieku w Konstantynopolu i on opisuje w jednej ze swoich dzieł historię pewnego młodego człowieka, Jerzego. Później się okazało, że tak właściwie on opisuje swoją historię, swojego nawrócenia.
Ale ten młodzieniec, kiedy miał już 20 lat, stosunkowo niewiele, już wtedy ze względu na swoje zdolności, na swoją pracowitość, został zarządcą majątku pewnego bogatego człowieka, tam w [00:16:00] Konstantynopolu. I to wiązało się z tym, że musiał i zarządzać pieniędzmi, i planować różne zakupy, i podlegali mu ludzie: i niewolnicy, i ludzie wolni. Spora odpowiedzialność. Właściwie cały dzień pełen obowiązków.
Ale postanowił sobie, że kiedy wieczorem będzie miał czas, to poświęci go na modlitwę i będzie na tej modlitwie tyle, ile mu Pan Bóg podpowie. Jeżeli będzie czuł na modlitwie, że Bóg mówi mu jeszcze, żeby został chwilę, to zostanie. I na początek oczywiście nie potrzebował dużo czasu na tę modlitwę. Ale w miarę tygodni praktykowania tej właśnie modlitwy Jezusowej, jakoś szczególnie go Bóg zapraszał do dłuższej modlitwy, która nie sprawiała mu kłopotu. Może stawała się coraz łatwiejsza.
[00:17:00] I on też miał jednego dnia, jednej nocy, takie właśnie doświadczenie światła. Światła, które go ogarnęło, światła, które zaczęło mu towarzyszyć. Piękne doświadczenie. Nawet nie wiedział, kiedy zaczął płakać. I kiedy skończył się modlić, położył się do spania, okazało się, że zaledwie na godzinę.
Nawet nie wiedział, kiedy minęła mu cała godzina w obecności Pana Boga i czy już trzeba było wstawać i iść do pracy. Później ten młodzieniec, tak jak wiemy już teraz, został mnichem, zakonnikiem, ale jeszcze długi czas mieszkał i pracował, jako zwykły człowiek świecki w pośród tych swoich licznych obowiązków. Ale już z pewnością, że Bóg jest, że w tej modlitwie, do Niego mówi, że Go prowadzi, że jest [00:18:00] z Nim.
Ktoś powie, no dobrze, możemy się w taki sposób modlić, ale co z moimi intencjami, bo tutaj przecież modlę się za siebie: „…zmiłuj się nade mną”, a ja mam rodzinę, bliskich, za których chcę ofiarować modlitwę. Warto sobie wtedy zadać pytanie: kto bardziej kocha tych Twoich bliskich? Ty czy Pan Jezus? Tak naprawdę miłość, którą masz do nich, to jest miłość Jezusa, który pozwala Ci uczestniczyć w tym Jego ukochaniu, umiłowaniu Twoich bliskich. Można mu zaufać. Można sobie wzbudzić na początku jakąś intencję, owszem, ale potem dać się prowadzić w modlitwie Jezusowi, bo On wie, co trzeba zrobić.
To jest też piękna modlitwa, która sprawdza się, gdy przeżywamy Eucharystię, gdy przychodzą jakieś myśli, pokusy, jakieś [00:19:00] rozproszenia. Warto sięgnąć do tej modlitwy przez parę chwil, powtarzać ją. I przychodzi potem świadomość tego, w czym uczestniczę. I sam Jezus pomaga nam odkryć piękno tego wydarzenia, jakim jest Eucharystia.
Warto się uchwycić tej modlitwy. Warto znaleźć w ciągu dnia, codziennie, te pięć, dziesięć, piętnaście minut czy pół godziny, żeby rozwijać w sobie to spotkanie z Jezusem, Jego obecność, ale także w różnych chwilach dnia warto wracać do tych słów i mieć pewność coraz większą, że Jezus naprawdę jest Panem, że On naprawdę chce panować, chce wchodzić w te nasze doświadczenia codziennego życia, żebyśmy mogli być Jego świadkami i umiłowanymi uczniami.